Są książki, na które czekamy. Bardzo chcemy je przeczytać, ale nie możemy zdobyć. Powody mogą być różne – od braku pieniędzy począwszy, przez brak wydania polskiego, na zbyt długiej kolejce oczekujących w bibliotece skończywszy. Właściwie nieważne jest, dlaczego nie możemy ich przeczytać już teraz natychmiast. Ale przychodzi taka chwila, że JEST! Mamy ją, we własnych rękach (albo na własnym dysku) i zabieramy się do czytania. I co się okazuje? Albo czytamy z zachłannością godną książkomaniaka, albo pomału, z niechęcią, zdajemy sobie sprawę, że jednak nie warto było tak wyczekiwać i kopii kruszyć, żeby ją zdobyć. Znacie to? Też tak macie?
Wymyśliłam sobie wyzwanie: co miesiąc chociaż jedna wyczekana książka, która już jest w moim zasięgu, wskoczy na początek kolejki. Będę sobie zaznaczać, które z tych długo oczekiwanych i z trudem zdobytych spełniły pokładane w nich nadzieje, a które mnie rozczarowały. Które były piękne, wysmakowane, wciągające, że aż chciało się jednocześnie pochłaniać i zwlekać z przeczytaniem, żeby delektować się jak najdłużej (miałam tak np. z Lawinią Ursuli LeGuin, czekającą na mojej własnej półce prawie dwa lata), a które zupełnie rozczarowały, mimo tak zachęcających opinii, zdawałoby się, idealnie wpasowujących dzieło w gust (wymęczony ostatnio Wybór Zofii czy trylogia o Tytusie Groanie Mervyna Peake'a – trzeci tom to zupełna porażka).
Jeśli ktoś ma ochotę dołączyć to zapraszam. Wyzwanie jest bezterminowe, wystarczy przy przeczytanej książce dopisać, czy należała do wyczekanych i czy oczekiwania spełniła.








