30 marca 2012

Mroczna Wieża. Powołanie trójki

Kończąc pierwszą część Mrocznej Wieży Stephena Kinga czułam, że ciąg dalszy mi się spodoba. Wprawdzie w drugim tomie jest spora doza sensacji, czyli teoretycznie to, za czym nie przepadam, ale podana tak wartko i ciekawie, że Powołanie trójki pochłonęłam.
Powieść rozpoczyna się kilka godzin po wydarzeniach opisanych w Rolandzie. Bohater, według wróżby z tarota, ma spotkać trzy postacie: Więźnia, Władczynię Mroku i Śmierć, które pomogą mu w dotarciu do Mrocznej Wieży. Te postacie żyją swoimi sprawami w rzeczywistości dwudziestego wieku, w Nowym Jorku, a dostać się do nich można przez drzwi umiejscowione wprost na plaży. Żeby nie było tak prosto: na Rolanda czyhają niebezpieczeństwa i po jednej, i po drugiej stronie każdego przejścia – na plaży homaropodobne potwory o stalowych szczękach, a w Nowym Jorku nowa i nieznana rzeczywistość pełna narkomanów, działaczy murzyńskich, złodziei i morderców, czyli niespodzianki „świata, który nie poszedł naprzód”. Konieczność pokonania kolejnego trudnego etapu drogi i dobrania towarzyszy wyzwala w Rolandzie nadludzkie siły, niezbędne ostatniemu rewolwerowcowi w dotarciu do celu.
W Powołaniu trójki mniej jest surrealistycznego klimatu tchnącego z Rolanda, a więcej znanej nam z książek i filmów dwudziestowiecznej brudnej codzienności. Mniej mrocznej atmosfery malowanej słowem, a więcej realizmu, niezbyt pięknego, ale bardzo sugestywnego. Nie czuje się tu dłużyzn, co często zarzuca się Kingowi, a ciekawość czytelnika jest potęgowana z każdymi napotkanymi drzwiami. I nie przeszkadza nawet świadomość, że w tym tomie Roland może przebyć tylko niewielki kawałek drogi, że jest to odcinek dosyć statyczny, jeśli rozpatruje się całość cyklu, ot, plaża, homaropotwory i trzy wstawki pobudzające produkcję adrenaliny (no może dwie, bo przejście Odetty nie było aż tak emocjonujące, w przeciwieństwie do jej późniejszych odjazdów na plaży). I tylko sprawa Jake’a i paradoksu czasowego mnie męczy, bo jeśli Mort nie popchnął go pod koła samochodu i Jake nie umarł to dlaczego Roland pamięta go ze swojego czasu? I jak przeszedł długą drogę przed spotkaniem z Walterem, skoro chłopiec tak bardzo mu w niej pomógł? (Już czytam następny tom i wiem, jak King poradził sobie ze sprawą Jake’a.)
Podobno kolejne części mają być ciekawsze, więc, nie tracąc czasu, zaczynam Ziemie jałowe.
(Ocena: 5/6)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz dotyczący posta.
Proszę o nieskładanie mi życzeń świątecznych, bo świąt nie obchodzę, a inne uwagi najlepiej kierować na podanego maila, pocztę sprawdzam każdego dnia. Dziękuję! :)