30 września 2012

wrzesień 2012 – podsumowanie

Kilka bardzo dobrych i rozkosznie grubaśnych powieści to jest to, co nutinki lubią najbardziej na progu jesieni. We wrześniu rozbijałam się po świecie – byłam w wojennej Europie, w Chinach i USA początku ubiegłego wieku, w XX-wiecznej Australii i Afryce, XIX-wiecznej Rosji oraz XVII-wiecznej Turcji. Takie podróże są inspirującą przyjemnością.
Jak zwykle lista przeczytanych książek, uzupełniana na bieżąco, jest po prawej, w zakładce „przeczytane w 2012”.
● ● ●

Seweryna Szmaglewska, Dymy nad Birkenau
Jedna z klasycznych książek o holokauście. Pisana tuż po odzyskaniu wolności jest przejmującym świadectwem masakry, jaką ludzie zgotowali ludziom.
(Ocena: 5/6)

Lisa See, Na Złotej Górze
Obszerna powieść biograficzna z życia chińskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych napisana przez jedną z młodszych przedstawicielek rodu – Lisę See. Kilka pokoleń przedstawicieli chińskiej rodziny, pracujących na chleb i coś więcej, poprawiających swoją sytuację finansową z dala od rodzinnej ziemi. Dużo faktów, sporo liczb, nieco sucha narracja, nie porywa tak jak inne powieści autorki, ale jest solidnym zbiorem faktów i interpretacji wydarzeń ważnych dla rodziny. Chociaż nie zachwyca to jednak można z przyjemnością dowiedzieć się kulisów życia mniejszości chińskiej na emigracji.
(Ocena: 4/6)

Bram Stoker, Dracula
Klasyka gatunku, dobrze znać, nawet jeśli fabuła jest tak bardzo oczywista, a wydarzenia do bólu przewidywalne. Dla wielbicieli wampirów lektura obowiązkowa.
(Ocena: 3/6)

Colleen McCullough, Ptaki ciernistych krzewów
(Ocena: 5/6)

Józef Hen, Królewskie sny
Schyłek panowania Władysława Jagiełły, jego małżeństwo z Sonką, długo wyczekiwane narodziny synów, walki z Krzyżakami. Trochę polityki, trochę spraw rodzinnych na najwyższym szczeblu, układy z sąsiadami. Bardzo realistycznie odmalowane postacie historyczne, wśród których na plan pierwszy wysuwa się Jagiełło, władca o dużej wyobraźni politycznej, jednocześnie bardzo ludzki, rozumiejący innych i przewidujący, z ogromnym poczuciem humoru (zresztą akcentów komediowych trochę jest, zdarzyło mi się kilka razy parsknąć śmiechem). Opowieść snuta jest przez nadwornego błazna Oleskę, co udanie wzbogaca narrację.
Po tak dobrej powieści próbowałam poczytać o innym królu, opisanym przez Hena, Stanisławie Auguście Poniatowskim, ale nie zmogłam. Mój przyjaciel król wydał mi się dużo mniej ciekawy, ale mógł na to wpłynąć mój brak zainteresowania historią XVIII wieku.
(Ocena: 5/6)
„Mieczem na pewno można rozkroić, ale zszyć trudno.”

Virginia Andrews, Kwiaty na poddaszu
Bardzo nierówna powieść, z niby-gotycką fabułą osadzoną w czasach prawie współczesnych. Początkowo wydaje się być powieścią dla młodszej młodzieży, które to wrażenie rozwiewa się z czasem wraz z rozwojem bohaterów. Literacko średnia, fabularnie chwilami bardzo wciągająca, ale niestety zbyt przewidywalna, żeby przynieść autentyczną przyjemność z czytania. Postacie zbyt czarno-białe – nieskazitelny ojciec, wredna babka, matka... to się jeszcze okaże. ;) Miałam wrażenie, że autorka sama nie wie, co chce przekazać (może nic?!), raczej szkoda czasu, lepiej sięgnąć po Dickensa, na którego zresztą przez Kwiaty... nabrałam ochoty – jakaś korzyść jednak wynikła z tej lektury.
(Ocena: 3/6)

Frederik Pohl, Człowiek plus
Średnia powieść SF z obszaru przygotowań do eksploracji obcych planet. Kolonizacja Marsa ma być receptą na przeludnienie Ziemi. Opublikowana w 1976, niestety trąci myszką, głównie technologiczną, co nieuniknione (jedyny na razie egzemplarz komputera plecakowego jest najnowocześniejszym wynalazkiem). Trochę lepiej wygląda rys psychologiczny zmienionego bohatera, samotnego przez swą cybernetyczną inność, odkrywającego nowe obszary doznań na eksplorowanej planecie. Powieść można sobie odpuścić.
(Ocena: 3,5/6)

Orhan Pamuk, Nazywam się Czerwień
Kolejne zderzenie kultur Wschodu i Zachodu, które tym razem Pamuk pokazał za pośrednictwem świata miniaturzystów, przedstawiając różne podejście do przedmiotów rysowanych w obu kręgach kulturowych – po świetnym Białym zamku ta powieść jednak rozczarowuje. Może jest nieco za długa, chwilami nużąca, chociaż spore partie tekstu czytałam z dużym zaciekawieniem. Najmniej ciekawy wydał mi się wątek kryminalny, na którym opiera się cała akcja, ale ja nie przepadam za zagadkami kryminalnymi, więc tu nie jestem obiektywna. Jakby tak skrócić o jakieś 100-150 stron, byłoby idealnie. Ogólnie niezła, można przeczytać.
(Ocena: 4,5/6)
„Nie tylko dla pieniędzy i sławy trudzimy się od rana do zmierzchu, a często całą noc przy świetle świecy, na kolanach, póki oczy nie odmówią nam posłuszeństwa. Ale i po to, by uciec przed ludźmi. Jednocześnie pragniemy, by ci, od których się odwróciliśmy, ujrzeli i docenili nasz wysiłek.” (WL, 2007, s. 241)

Wojciech Tochman, Dzisiaj narysujemy śmierć
(Ocena: 5/6)

Gene Brewer, K-PAX
Niezła powieść, ale jak się wcześniej obejrzało film to już nie to. Zwłaszcza że w filmie świetnie grał Kevin Spacey – nie sposób uwolnić wyobraźni od jego kreacji Prota.
(Ocena: 4/6)

Artur Baniewicz, Smoczy pazur
Dotrwałam do 1/3 mniej więcej. Strasznie mnie ta powieść zmęczyła, a ani trochę nie wciągnęła. Aż nabrałam ochoty na jakieś lepsze fantasy.
(Ocena: 3/6)

Borys Akunin, Śmierć Achillesa
Po raz kolejny coś mnie podkusiło, żeby się wziąć za kryminał i po raz kolejny stwierdziłam, że to nie dla mnie. Nawet w takim sympatycznym wydaniu retro. Bo postać Fandorina jest bardzo ciekawa i dobrze opisana, ale to, kto zabił, ani trochę mnie interesowało. Dla miłośników gatunku cykl o Fandorinie jest jednak bardzo dobrą rozrywką.
(Ocena: 4/6)

Anna Gavalda, Ostatni raz
Bardzo ciepła, sympatyczna książeczka o spontanicznym spotkaniu czwórki rodzeństwa. Dominują tylko dla nich zrozumiałe żarty, humor i pogoda. Fajny przerywnik między cięższymi powieściami, zwłaszcza że objętościowo to maleństwo.
(Ocena: 4/6)

● ● ●

Realizacja projektów:
Nobliści – 1 (Pamuk)
Z półki – 2 (razem: 33/16)
Wyczekane – 4 (Dymy nad Birkenau, Kwiaty na poddaszu, Nazywam się Czerwień, Dzisiaj narysujemy śmierć)
W sumie (w miesiącu/w roku): 13/131

28 września 2012

Mój tydzień w Rwandzie

Dobry reportaż powinien tak ukazać rzeczywistość, żeby wstrząsnąć, kiedy należy, i wzruszyć, gdy okazja po temu. Wszystkie książki Wojciecha Tochmana, jakie miałam okazję przeczytać, te warunki spełniają. Przy czym największe wrażenie robią reportaże z wojny, tej z Bośni, Jakbyś kamień jadła, i tej z Rwandy, Dzisiaj narysujemy śmierć (Wydawnictwo Czarne, 2010).
Temat rwandyjskiego ludobójstwa nie był mi bliżej znany. Coś tam się słyszało, ale nie za dużo, czasem jakaś wzmianka rzuciła się w oczy, aż w końcu poczułam potrzebę dowiedzenia się nieco więcej. Pomógł mi w tym konkurs, przez który zaczęłam szperać w internecie i który ostatecznie wygrałam. Czekając na dostarczenie mi przez pocztę książki, „odrobiłam lekcję” oglądając trzy filmy na temat tragicznych wydarzeń sprzed osiemnastu lat: Hotel Ruanda (Hotel Rwanda, 2004, reż. Terry George), Podać rękę diabłu (Shake Hands with the Devil, 2007, reż. Roger Spottiswoode) i Strzelając do psów (Shooting dogs, 2005, reż. Michael Caton-Jones), dostępne na www.iplex.pl. Każdy z nich oceniłam na 8/10, bo wszystkie są bardzo dobre, ukazują te same wydarzenia z różnych punktów widzenia i uzupełniają się wzajemnie.
W 1994 roku, od kwietnia do lipca, na hasło „ściąć wysokie drzewa”, Hutu zabijali każdego przedstawiciela historycznie arystokratycznej mniejszości Tutsi, jak również sprzyjających im własnych współplemieńców. Przez te trzy miesiące zginęło co najmniej osiemset tysięcy ludzi, a niektóre źródła podają, że ponad milion. Ofiarom nikt oficjalnie nie pomagał, świat białych, byłych kolonizatorów, nie był zainteresowany w chronieniu życia członków afrykańskiego plemienia. Ten świat był wręcz oskarżany o sprzyjanie ludobójstwu, które pomagało rozwiązać problem przeludnienia małego, biednego kraju. Jednak na szczęście zawsze znajdą się ludzie, którzy ofiarują siebie, by pomóc, uratować, ukryć, nakarmić, przekazać wieści czy chociażby pochować. Nie wszyscy są na to gotowi, bo „w takiej sytuacji zagrożenia własnego życia, potwornego terroru i strachu, nie możemy żądać od każdego człowieka postawy heroicznej” (s. 116). Tochman daje nam poznać kilkoro ocalonych. Zachowuje się przy nich jak przyjaciel, który nie naciska, nie żąda odpowiedzi, ale jest tuż obok, gotowy na przyjęcie tego, co zechcą z siebie wyrzucić, co może im pomoże w pogodzeniu się z tym, co musieli przeżyć.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłam najpierw oglądając filmy, bo przy czytaniu Tochmana narzucały mi się obrazy z nich. Nie musiałam już sobie zbyt wiele wyobrażać, chociaż i w książce została ta masakra odmalowana sugestywnie. Tyle że Tochman maluje pytaniami, często retorycznymi, a i na pozostałe trudno znaleźć odpowiedzi. Bo co powiedzieć ludziom, którzy stracili wszystkich bliskich, zostali sami i próbują odbudowywać swoje życie na bliskich relacjach z obcymi? Jak mają zapomnieć o nagłej śmierci, ukrywaniu się, ucieczkach, strachu i bólu? Do dzisiaj, mimo pokoju, współistnienia w jednym małym kraju, mieszkania często tuż obok siebie, ofiary i oprawcy, Tutsi i Hutu, mają ten lęk w sobie, a uwrażliwieni nie przestaną się wzdrygać na dźwięk pękającej kapusty, identyczny jak odgłos rozłupywanej ludzkiej czaszki. Nie pomaga znajomość historycznych uwarunkowań i roli kolonizatorów w pogłębianiu podziałów społecznych, nie pomaga wiara czy niewiara – w religię czy w drugiego człowieka.
W Dzisiaj narysujemy śmierć można znaleźć dużo tematów do przemyśleń, jednocześnie zachowując dystans, nie klasyfikując i nie oskarżając żadnej ze stron. Wstrząsający reportaż o ludobójstwie, które trzeba zachować w pamięci. I na razie ten niespełna tydzień, jaki spędziłam poznając koszmarne rwandyjskie wydarzenia, wystarczy. Więcej trudno byłoby wytrzymać.
(Ocena: 5/6)

26 września 2012

Nie tylko miłość

Ptaki ciernistych krzewów to już trzecia powieść Colleen McCullough, z jaką miałam okazję się zapoznać. I coraz bardziej mi się jej pisarstwo podoba. W sięgnięciu po nią przeszkadzało mi przez czas dłuższy wspomnienie o serialu (w rolach głównych Rachel Ward i Richard Chamberlain), jaki oglądałam w młodym wieku, który to serial utrwalił we mnie przekonanie, iż rzecz jest o miłości głównie, zakazanej, więc niosącej posmak tajemnicy, ale zawsze o miłości. A ja od romansów stronię, bo mnie nudzą. I nie wiem, czy główny nacisk w serialu był tak spłycony i na miłość postawiony, czy też młode dziewczę, jakim wówczas byłam, skupiło się na tym aspekcie, dość że jakaś niechęć się tliła i odsuwała w czasie czytanie Ptaków ciernistych krzewów. Oczywiście niesłusznie.
Powieść jest bowiem bardzo dobrze napisaną sagą rodziny Clearych, opisującą życie trzech pokoleń od osiedlenia się w Nowej Zelandii, przez spokojne życie w Australii, aż po wędrówki najmłodszych przedstawicieli rodu po powojennej Europie. Najpierw poznajemy członków rodziny, ich korzenie, relacje i aspiracje, a potem na plan pierwszy lekko wysuwa się postać Meggie, jedynej dziewczynki wśród dziewięciorga dzieci, wyrastającej na piękną kobietę na oddalonej od miast, osadzonej wśród buszu farmie, i jej miłość do przystojnego księdza Ralpha de Bricassart, potrafiącego zrozumieć najpierw osamotnione dziecko, a potem wrażliwą dziewczynę i pomóc w miarę wiedzy i umiejętności. Ptaki... pozostają jednak powieścią wielowątkową, z wieloma równorzędnymi bohaterami, a miłość pełni taką rolę, jak w życiu, jest po prostu jego częścią.
Powieść Colleen McCullough, napisana bardzo plastycznym językiem, urzeka pięknymi opisami otoczenia i trafnymi charakterystykami wielowymiarowych postaci, a śledzenie zgrabnie skonstruowanej akcji, lekko przechodzącej od jednego ważnego wydarzenia do następnego, sprawia czytelnikowi dużą przyjemność. Zwyczajna egzystencja, codzienne trudy i radości, chwile szczęścia i skrywanego bólu, popełnione błędy i tajemnice z przeszłości, wyjaśniające motywy kierujące ludźmi, przedstawione są w sposób tak ciekawy, że trudno oderwać się od czytania, nawet wtedy, gdy opis skupia się na miłosnych rozterkach bohaterów. Tło akcji zarysowane jest w takim tylko stopniu, w jakim to konieczne, bez przepełnienia zbędnymi szczegółami, dopełniając, a nie przerysowując, lekko przenosząc nas z antypodów do Europy, Watykanu i Londynu. Sporą rolę odgrywa w powieści religia, uzupełniając tło obyczajowe o zwyczaje katolickie i ich wpływ na ludzkie wybory. Zachęcam niezdecydowanych, świat Meggie i Ralpha nie jest tak nudny, jak utrwalił to w mojej pamięci serial, powieść po prostu wciąga.
(Ocena: 5/6)

11 września 2012

Biały zamek

Miałam już w rękach dwie powieści Orhana Pamuka. Nie były to spotkania udane, a nawet, można powiedzieć, nieco zniechęcające. Ale stwierdziłam, że muszę przeczytać coś traktującego o zupełnie innych czasach, żeby móc z czystym sumieniem zrezygnować z tego autora. Szczęśliwym trafem dostałam akurat w prezencie Biały zamek (Asiu, dziękuję!). I wsiąkłam. Wpadłam zupełnie. To jest to, o co chodziło.
Klimat siedemnastowiecznej Turcji opisany piórem pochodzącego z Wenecji chrześcijańskiego niewolnika, człowieka jak na tamte czasy dobrze wykształconego, był tym, co mnie pochłonęło. Zderzenie kultury Wschodu i Zachodu, wtapianie się w obce środowisko, poznawanie innego – to wszystko jest już ciekawą mieszanką, a gdy dochodzi do tego jeszcze baśniowy motyw istoty bliźniaczej bohaterowi, jego alter ego, będący zarazem obrazem pragnień, jak i personalizacją przywar, robi się naprawdę interesująco. Odbywa się to zupełnie zwyczajnie. Wenecjanin uczy swojego pana, Hodżę, wszystkiego, co sam umie, pomagając mu wspinać się na stanowisko doradcy padyszacha. Przy okazji kreśli przed Hodżą obraz Zachodu, który dla żądnego wiedzy Turka jest bardzo pociągający. Tak bardzo, że ten nie potrafi już żyć w Stambule, łaknie nowego, innego życia. Jednocześnie lata spokojnego bytowania w stanie niewolnym przyzwyczajają Wenecjanina do wschodnich obyczajów i nie motywują do powrotu w strony rodzinne. Początkowo podobni tylko zewnętrznie, z czasem coraz bardziej przejmujący nawzajem upodobania, w końcu zamieniają się rolami. Czy wyjdzie im to na dobre?
Biały zamek to powieść o poznaniu, o tęsknocie za innym, nieznanym, w założeniu lepszym życiu gdzieś indziej, w obcym, na pewno szczęśliwszym świecie. Dążenie znane i dziś, prawda? Funkcjonujące nawet w popularnych powiedzeniach: „cudze chwalicie, swego nie znacie” czy „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. A do tego wzmocnione istnieniem sobowtóra, umożliwiającego ewentualną zamianę, gdy przyjdzie pora, sobowtóra zazdrosnego, rywalizującego, mądrzejszego, uzależniającego. Istnienie sobowtóra to zresztą obsesja Pamuka, jeszcze z czasów dzieciństwa. Ale nie tylko on zmierzył się z tematem obcego bliźniaka; z naszego podwórka znamy taką zamianę chociażby z powieści Ewy Nowackiej, a z obszaru literatury światowej czytaliśmy o niej u Marka Twaina. Nieudana wyprawa na Polskę ma być dodatkowym wzmocnieniem wołania o zmiany, o postęp potrzebny państwu tureckiemu w schyłkowym okresie potęgi. Czy jednak zmiany na modłę zachodnią wystarczą? Czy nie trzeba raczej wypracować własnego, autorskiego modelu?
Ciekawa, trzymająca w napięciu, mimo małej objętości i niewielu środków wyrazu, interesująca powieść. Z tym większą niecierpliwością czekam na okazję przeczytania następnej powieści Orhana Pamuka osadzonej w czasach historycznych.
(Ocena: 5/6)

8 września 2012

Sześciokątny obrus

Jakoś tak ponad rok temu wyszydełkowałam obrus. Nieduży, z elementów, na stolik okrągły lub sześciokątny. Niestety takiego stolika nie posiadam, więc obrusik przeleżał smutny w szafce, daremnie wyglądając blokowania. Przyszedł jednak czas, gdy uznałam, że równie dobrze może leżeć zblokowany, gotowy do użycia. A jak już był równiutki i zyskał na wyglądzie to położyłam na chwilę na stole, takim zwykłym, prostokątnym. I ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że całkiem zgrabnie się prezentuje mimo swej sześciokątnej kanciastości.

Zużyłam na niego mniej niż 500 g lidlowego kordonka, ecru, rozmiaru szydełka nie pomnę. Koronka wokół wyszła mała, oszczędna, bo kordonek szybko znikał na już dużym obwodzie. Ale wystarczyło choć na taką. Wymiary w wersji prostokątnej: ok. 120 x 150 cm, w wersji na stół okrągły powinno być 150 cm średnicy.
Z dużych form chyba najbardziej lubię dłubać obrusy. :)

6 września 2012

Dżem z nektarynek

W tym roku w okolicznych sklepach jest wysyp dużych, bardzo ładnych nektarynek. Skusiły mnie do zrobienia dżemu, prostego, z podstawowych składników. Wyszedł całkiem niezły. ;)

składniki:
● 3 kg nektarynek
● 2 szklanki cukru (do bardzo dojrzałych nektarynek można dać mniej)
● sok z jednej cytryny





sposób przygotowania:
1. Nektarynki podzielić na mniejsze kawałki wyrzucając pestki, zasypać cukrem i zalać sokiem z cytryny. Można odstawić na jakiś czas (na noc), ale nie jest to konieczne.
2. Gotować do uzyskania odpowiedniej, prawie stałej konsystencji.
3. Przełożyć do wyparzonych słoików, zakręcić porządnie i wstawić pod kocyk do całkowitego ostygnięcia.

Smacznego! :)

Na życzenie wyrażone w komentarzu zdjęcie pełne dżemu. :)

Inne moje przepisy na przetwory są tutaj.

4 września 2012

Rycheza w Polsce

Przyznać muszę, że Złota włócznia Jadwigi Żylińskiej mile mnie zaskoczyła. Mając w pamięci koszmarek pt.: Spotkania po drugiej stronie lustra, o którym nawet skrobnęłam co nieco, bałam się drugiego podejścia do pisarstwa tej autorki. Ale nie żałuję, że jednak się zdecydowałam.
Złota włócznia jest opowieścią o czasach trzech władców piastowskich, Bolesława Chrobrego, Mieszka II i Kazimierza Odnowiciela, z którymi związana była Rycheza, synowa pierwszego, żona drugiego i matka trzeciego. Powieść toczy się w czasach, w których widoczny był wpływ królowej na polską politykę: od pierwszych kroków na gnieźnieńskim dworze Chrobrego, przez mądre posunięcia w trudnych latach panowania Mieszka, aż po moment, gdy usunęła się z Polski Odnowiciela żegnana niechęcią możnych.
Powieść o odległych, słabo udokumentowanych czasach nie może być oczywiście ścisła historycznie, ale też i nie o ścisłość w niej chodzi. Żylińska obrazowo ukazuje zarówno sprawy wielkiej wagi, trudne lata budowania państwa, umacnianie religii jako siły politycznej zdolnej wspomóc władcę w utrzymaniu suwerenności państwowej, jak i mniej znaczące działania, które za sprawą namiętności czy żądzy władzy potrafią zaważyć na losie królestw. Pozwala spojrzeć na Polskę i jej sąsiadów z różnych punktów widzenia, pokazując krzyżujące się i wykluczające nawzajem interesy różnych narodów, przedstawia ludzi żyjących w XI wieku jako zwykłych, targanych wątpliwościami i rozterkami mieszkańców, którym przyszło wpływać na kluczowe wydarzenia. Ta galeria osobistości nie ogranicza się do dworu królewskiego, ale ogarnia też postaci usadowione na samym dole, niektóre nader malownicze, jak choćby Kocimiętka – wiedźma, zielarka, która dla chrześcijan jest głównie wyznawczynią pogańskich bożków. Zwłaszcza kobiety są u Żylińskiej odmalowane barwnie i sugestywnie, aż przyjemnie się o nich czyta; to znające swoją wartość, pełnokrwiste, mądre i przewidujące uczestniczki gry, walczące do ostatka, gdy jest taka potrzeba, ale i potrafiące przewidzieć zbliżający się upadek i zachować siły na potem.
Po przyjemności czytania Złotej włóczni nie będę już tak bardzo unikać książek Jadwigi Żylińskiej, chociaż skupię się raczej na lekturze jej powieści, omijając szkice.
(Ocena: 4,5/6)

2 września 2012

Rdzawa kamizelka

Pierwszy udzierg z włóczki ze stosu. Prawie 300 g rdzawej wełny zmieniło się w kamizelkę własnego pomysłu. Robiona od góry, bezszwowo oczywiście. Wykorzystałam dwa proste wzorki przedzielone kilkoma rzędami francuskiego. Świetnie się robiło, tyle że włóczki było ciut za mało i wyszła nie na mnie - tyle nie schudnę. :( Szacuję, że może to być rozmiar około 38. 


Ostatnio kocham ten kolor i nastawiałam się na fajny ciuszek. Do zdjęcia wbiłam się w nią i nawet nie za mocno widać, że mała, ale chodzenie w niej nie byłoby wygodne. Trudno, mam motywację, żeby zrobić następną. ;)


Niecałe 300 g, druty 4,5 mm, włóczka nieznana, ale na pewno co najmniej 50% wełny (a może i całe 100%, bo mokra mocno śmierdzi wełną), kogoś wrażliwego może podgryzać.


Wygląda na to, że mam ciuszek na zbyciu, jakby ktoś chciał przymierzyć. ;)

31 sierpnia 2012

sierpień 2012 – podsumowanie

Wakacyjne miesiące zwykle są u mnie uboższe w lektury, czemu sprzyja nadmierna ruchliwość i ciekawe zajęcia na powietrzu. Tym razem jednak, mimo małej liczby przeczytanych książek, jestem zadowolona z ich jakości – trafiło się kilka bardzo dobrych powieści.
Jak zwykle lista przeczytanych książek, uzupełniana na bieżąco, jest po prawej, w zakładce „przeczytane w 2012”. Do opinii o niektórych powieściach odsyłają linki.

● ● ●

Gide André, Fałszerze
Po ponad dwudziestu latach sięgnęłam ponownie po powieść Gide’a. Wrażeń z tamtego czytania nie pamiętałam, tylko w trakcie przypominało mi się, że skądś to już znam. Powieść jest niezła, ale bez przesady. Najbardziej przyda się tym, którzy dopiero wkraczają w życie i kształtują zapatrywania na świat i miejsce w nim, a zwłaszcza przyszłym pisarzom, planującym rozwój swych piór i klawiatur.
(Ocena: 4/6)

Orson Scott Card, Gra Endera (powtórka)
(Ocena: 5,5/6)

Orson Scott Card, Ender na wygnaniu
(Ocena: 5/6)

John Flanagan, Halt w niebezpieczeństwie
Dokończenie misji rozpoczętej w Królach Clonmelu. Halt, Will i Horace ścigają fałszywego proroka Tennysona przez Clonmel, Pictę i Araluen. Prawie pół tomu to powieść drogi, mało się dzieje, dużo się jedzie, mówi i objaśnia, bohaterowie często przerzucają się żartami, co staje się coraz mniej zabawne, również dla nich. Ciekawiej jest, jak gdzieś w połowie książki Halta dopada tytułowe niebezpieczeństwo, akcja się zagęszcza i znowu widać dynamikę w działaniach naszych ulubieńców.
Ogólnie dziewiąta część trzyma poziom dobrego czytadła dla młodszej młodzieży, choć za dużo wyjaśnia, a za mało daje do myślenia. Niezła rozrywka.
(Ocena: 4,5/6)

Stanisława Fleszarowa-Muskat, Wizyta
(Ocena: 5/6)

Raymond Feist, Adept magii, Mistrz magii
Dwie początkowe części cyklu Feista o Midkemii i Kelewanie. Z rozmachem pomyślana akcja jest jednak mocno odtwórcza już w swych założeniach. Widać zbyt dużo wpływów chociażby Tolkiena (np. przymierze ludzi, elfów i krasnoludów w walce z obcym najeźdźcą), raziła mnie też przesadna baśniowość (oprócz wspomnianych ras obecne są również smoki, a znaczącą rolę pełnią magowie) i przewidywalność fabuły (główny antagonista pozytywnych bohaterów musi na koniec uciec, żeby mieli oni z kim walczyć w następnych tomach). Ale i z Feista zaczerpnięto pomysł (chyba że gdzieś już był wykorzystany, a nie jest mi znany) – motyw sierot na wychowaniu księcia, ich wyboru do różnych rzemiosł, niepozornego chłopca, który nie pasuje do żadnego fachu, a jest szczególnie uzdolniony w tajemniczej, niedostępnej innym dziedzinie – bardzo ładnie wykorzystał to John Flanagan w Zwiadowcach.
Reasumując: przeczytać można, żeby wiedzieć, jak Feist pisze, ale resztę już sobie raczej daruję. Chociaż dla zagorzałych wielbicieli smoków i elfów to może być uczta. Również młodzież może w tym cyklu odkryć coś dla siebie.
(Ocena: Adept magii – 4/6; Mistrz magii – 4,5/6)

Cormac McCarthy, Suttree
(Ocena: 5/6)

Orhan Pamuk, Biały zamek
(Ocena: 5/6)

Jadwiga Żylińska, Złota włócznia
(Ocena: 4,5/6)

● ● ●

Realizacja projektów:
Nobliści – 2 (Gide, Pamuk)
Z półki – 4 (razem: 31/16)
Wyczekane – 3 (Ender na wygnaniu, Suttree, Biały zamek)
W sumie (w miesiącu/w roku): 10/118

30 sierpnia 2012

Suttree

Polubiłam Cormaca McCarthy’ego przy czytaniu Drogi. Przemówiła do mnie jego postapokaliptyczna wizja wraz z nadzieją, jaką zasugerował na koniec. Potem były dwie kolejne powieści, które, owszem, podobały mi się, ale już bez takiego zachwytu. Ostatnio natomiast miałam okazję zapoznać się z najnowszym na polskim rynku dziełem pisarza, pt.: Suttree.
Wbrew temu, co sugeruje opis na okładce, Suttree nie jest do śmiechu. Miano „najzabawniejszej powieści McCarthy’ego” jest mocno przesadzone, bo nie ma w niej tak naprawdę niczego zabawnego (no może z wyjątkiem niektórych pomysłów Harrogate’a, ale to raczej taki smutny śmiech). Skłania ona bardziej do zadumy nad marnością świata tego i niezrozumiałymi dla postronnego obserwatora wyborami życiowymi. Przeczytać warto, bo napisana jest językiem pięknym, soczystym, ale często mocno bijącym realizmem, brudem i brzydotą.
Porównywany do Williama Faulknera, McCarthy w tej akurat powieści, może bardziej ze względu na fabułę, skojarzył mi się z innym amerykańskim noblistą, Johnem Steinbeckiem i jego trzema powieściami o żyjących inaczej: Tortilla Flat, Ulica Nadbrzeżna i Cudowny czwartek. Cornelius Suttree to też outsider z wyboru, żyjący z dnia na dzień, zarabiający na czym się da, znający ulicę, knajpy, dziwki czy areszt od środka, nie stroniący od alkoholu, ale zarazem to człowiek wrażliwy, który na swój sposób troszczy się o znajomych, pomaga kumplom, wyciąga ich z tarapatów, sprawdza, jak sobie radzą w mrozy i skutecznie zbiera z rynsztoka, gdy tego potrzebują. Jest postacią, którą poznajemy przez działania, nie przez przemyślenia. On po prostu robi to, co musi, czy co wydaje mu się, że musi. Jako człowiek wrażliwy i uczuciowy próbuje sobie poradzić w świecie, który nie głaszcze go po głowie, żyjąc pozornie poza normalnym społeczeństwem, walczy z bólem, wciąż niepogodzony ze śmiercią brata, syna, kochanki. Jest postacią tragiczną.
U McCarthy’ego świat wyrzutków społecznych, odmalowany z całym brudem i brzydotą jego, okraszony jest dla kontrastu pięknymi opisami przyrody, ze starannością i drobiazgowością pełnego finezji języka (można mieć skojarzenia z Proustem ;)). Opisy te nie są jednak nużące, jak mogłoby się wydawać, ale pozwalają odetchnąć po naturalistycznych pijatykach, bijatykach i ukrywaniu trupów. Te kontrasty dają się we znaki czytelnikowi, bo jednocześnie zachwycają i zniesmaczają, a ostatecznie powodują, że żałujemy, że to już się skończyło i może że tak się skończyło.
Zdecydowanie warto sięgnąć po powieści tego Autora. Dobrze, że na półce czeka już na mnie Krwawy południk.
(Ocena: 5/6)

28 sierpnia 2012

Sernik wiedeński

Wspomnienie z dzieciństwa – sernik z dużą ilością rodzynek, słodki i pyszny. Tak robiła go moja mama:

składniki:
● 50 dag dobrego, lekko wilgotnego sera twarogowego
● czubata łyżka mąki ziemniaczanej
● 3/4 szklanki cukru
● 6 łyżek rozpuszczonego masła
● 4 jaja
● dowolny aromat
● rodzynki, orzechy itp.

sposób przygotowania:
1. Oddzielić żółtka od białek.
2. Ser zmielić na gładką masę, w trakcie dodając żółtka i cukier. Wymieszać z masłem, mąką, aromatem i bakaliami, a na końcu delikatnie wmieszać bardzo sztywną pianę ubitą z białek.
3. Przełożyć do podłużnej formy (najlepiej do szerokiej keksówki), wyłożonej papierem do pieczenia albo wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą (można użyć tartej bułki z herbatników).
4. Piec do zrumienienia, ok. 45 minut.

Dawno nie robiłam, bo sernik wymaga trochę czasu i siły. Ale smak za mną chodzi, więc pewnie wkrótce się zbiorę i upiekę. :)

24 sierpnia 2012

Bawełniany szal

Lekki, przewiewny, delikatny szal z bawełny. Popełniłam go z rozdzielonej na pół nitki zielonej Virginii. Wyszedł niecały jeden motek, a szal ma wymiary 43 x 185 cm. Wzór jest bardzo prosty, jednorodny, bez borderów, bo szal miał być codziennym otulaczem na letnie wieczory, kiedy za ciepło jest na sweter, a jednak przydałoby się coś zarzucić na ramiona. Skończony już w maju, dopiero teraz doczekał się blokowania i sesji na modelce, ale nie żałuję, bo tegoroczne lato nie wymagało ode mnie chodzenia w szalu.



Robiło się przyjemnie, bawełna jest miękka i miła w dotyku. Najgorszą częścią roboty było rozdzielanie nitki – nigdy więcej. Jakby mnie coś podkusiło znowu do dzielenia to poproszę o przypomnienie, może być dosadne. ;)

23 sierpnia 2012

Wymienię lub sprzedam

Przytłacza mnie ilość zbędnych przedmiotów. Czas na radykalne pozbywanie się niepotrzebnych czy nietrafionych zakupów. Lista będzie co jakiś czas uzupełniana w nowej zakładce: tutaj. Część jest już udostępniona na fincie, ale oczywiście mogę też to wszystko sprzedać czy wymienić poza fintą. Stan może być bardzo różny, więc proszę pytać.

W tej chwili polecam książki dla dzieci:
5 książek o Kreciku, szczegóły tu: Krecik i samochodzik, Krecik i rakieta, Krecik i orzeł, Krecik i zielona gwiazda, Jak Krecik sprawił sobie spodenki
Dumbo
pakiet 7 książeczek z twardymi kartkami (jedna z miękkimi, ale też dla małych dzieci)
Pinokio w starym wydaniu z ilustracjami Szancera
Dla nieco starszych latorośli:
Powrót czarnoksiężnika
Za minutę pierwsza miłość
Skarb w Srebrnym Jeziorze
Siostra dzienna 

I bajki na VCD:
Ulubione dobranocki

Dla młodzieży i dorosłych szczegółowa lista obok.

Dla wielbicieli muzyki mam płytę Sławka Wierzcholskiego i Nocnej Zmiany Bluesa, nówka, zafoliowana, szczegóły tutaj. Wygląda tak:


20 sierpnia 2012

Wizyta

Nazwisko Stanisławy Fleszarowej-Muskat znane mi było głównie ze słyszenia. W młodości coś tam próbowałam czytać, ale czy to byłam jeszcze za młoda, czy też lektura była niezbyt dobrze dobrana do nastroju chwili – w każdym razie nie zachwyciło i wpadło do zakładki zapomnianych. Ostatnio jednak sporo się pisało o tej autorce w Biblionetce, więc musiałam sprawdzić, czy tym razem wybór okaże się lepszy. Padło na trylogię wojenno-powojenną: Pozwólcie nam krzyczeć, Przerwa na życie, Wizyta. Ostatni tom jest zwieńczeniem losów bohaterów, rozrachunkiem z przeszłością, powrotem do miejsca, w którym kiedyś spotkały się główne postaci, i próbą powrotu do czasu, jaki wtedy nimi rządził, do głodu, strachu i śmierci, bólu i przyjaźni mimo koszmaru wokół.
Magdalena i Gaston w drodze do Karlowych Warów niespodziewanie dla siebie samych skręcają do Edelheim, miasteczka, w którym się poznali i spędzili kilka wojennych lat. Krótka z założenia wizyta przeradza się na skutek nieoczekiwanych pragnień Magdaleny i nagłych, groźnych wydarzeń, w dłuższy pobyt, obfitujący w niespodzianki. Dwadzieścia lat po wojnie bawarskie miasteczko żyje swoimi problemami, starając się nie rozstrząsać przeszłości, spokojnie wychowywać dzieci, budować przyszłość. Ten spokój zostanie zakłócony nie tylko przez nagły przyjazd Magdaleny i Gastona, ale i przez plany Bernarda Lenza, nazisty, który już jako dziecko o skłonnościach bandyty (Pozwólcie nam krzyczeć) dawał się we znaki przeciwnikom zbrodniczego systemu.
Bardzo dobra i bardzo ważna powieść. Pokazuje, że mimo strasznych doświadczeń ciągle są ludzie gotowi znowu zboczyć na drogę zła, tacy, którzy niczego się nie nauczyli, niczego nie chcą pamiętać, którzy straszne doświadczenia wojny świadomie odrzucają i znowu chcą wywołać diabła z pudełka. Pocieszające jest jednak, że zawsze też jest jakieś wyjście, czasem niezbyt czyste, ale w słusznej sprawie usprawiedliwione i zawsze może znaleźć się ktoś, kto zapobiegnie złu, kto pamięta to, co pamiętać należy, przypomni tym, którzy zapomnieli i nie zgodzi się na powtórkę z holokaustu. Fleszarowa-Muskat daje dużo do myślenia, każe szukać odpowiedzi o sens życia w czas wojny i pokoju, o istotę człowieczeństwa. Wizyta jest wzmocnieniem wyrażonego w pierwszej części protestu przeciw wojnie i faszyzmowi. Dodatkowego uroku dodaje język powieści, prosty, a jednak doskonale oddający złożoność postaci i dynamikę wydarzeń, piękny i trafiający w samo sedno, bez zbędnych ozdobników. Polecam wahającym się!
(Ocena: 5/6)

● ● ●

Poprzednie części omówione są tylko pokrótce w postach podsumowujących: Pozwólcie nam krzyczeć, Przerwa na życie.

18 sierpnia 2012

Stos włóczki

Jako nałogowiec dziergający zawsze łaknę nowych włóczek i kordonków. Nieważne, że w szafie w kilku pudłach poupychane mam zapasy na całkiem sporo sweterków i obrusów. Nałóg to nałóg, nie ma rady. Gdy więc podczas rozmowy z ciocią, robótkującą zawodowo przez całe życie, okazało się, że posiada ona zbędne już zapasy włóczkowe, zgromadzone w workach na strychu, oczka mi się zaświeciły. Wyjazd na wakacje był zarazem wyjazdem po te skarby. :)
Po wstępnym przebraniu i wyrzuceniu tego, co mole nadgryzły zbyt mocno, wyszedł nam pełen włóczek wielki worek śmieciowy, którego nikt nie mógł dźwignąć bez ryzyka rozerwania. Musieliśmy połowę przerzucić do drugiego i dopiero tak zapakowane dało się dowieźć do domu. Radości dużo, i dla cioci, która przy okazji uprzątnęła kawałek strychu, i dla mnie, bo mam z czego dłubać przez kilka lat.
Do dokładniejszego przejrzenia zatrudniłam córę i razem wyrzuciłyśmy włóczkę na trawę:


Po posegregowaniu według kolorów (z grubsza oczywiście) wyszło kilka małych stosików:


Cudnie, prawda? Większość to pojedyncze motki, niepełne, ale trafiło się kilka włóczek w ilości wystarczającej na coś większego. Z tej rdzawej, która leży na środku, robię właśnie kamizelkę. A z wszystkich małych moteczków będę kombinować jakieś fajne zestawienia kolorystyczne. :) Nie wszystko niestety zdołałam zwieźć do siebie, będę przywozić po trochu, bo miejsca mi brak.
Tylko jedno mnie martwi: w najbliższym czasie nie będę miała pretekstu do poczynienia zakupów. ;)