Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Ignacy Kraszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Ignacy Kraszewski. Pokaż wszystkie posty

12 sierpnia 2014

O Petrku Właście i Jaksie z Komorowa

Józef Ignacy Kraszewski
Historia prawdziwa o Petrku Właście, 
palatynie, którego zwano Duninem
Wydawnictwo „Śląsk”, 1983

Po śmierci Bolesława Krzywoustego kraj podzielony został między jego synów, z najstarszym Władysławem jako seniorem, władającym krakowską stolicą. Władysław, drugi tego imienia, za namową żony Agnieszki, cesarskiej siostry, odmówił przyrodnim braciom praw do współrządzenia, a chcąc ich sobie podporządkować dążył do opanowania dzielnic młodszych książąt. Ci nie pozostali bierni; przy pomocy możnowładców i duchowieństwa, dla którego silna władza była zagrożeniem interesów, zdecydowali się stawić opór i zrzucić zwierzchność najstarszego brata.
Rozdrobnienie dzielnicowe po Krzywoustym to czas dla Polski trudny. Podupadający ród Piastów co i raz próbuje się wyrwać z okowów zależności politycznych, umocnić władzę książęcą i scalić państwo. Nie jest łatwo umniejszyć znaczenie duchowieństwa, które, nad wieloma słabymi panując, w siłę urosło i właściwy ster rządów przejęło, jednocześnie dobrocią i pokorą oczy naiwnych mydląc. Jednoznacznie przedstawia Kraszewski ustami jednego z bohaterów genezę rozdrobnienia, zgodnie z zasadą: komu korzyść, tego zbrodnia: „Gdy król nieboszczyk Krzywousty umierał, radzili mu biskupi i wymogli na nim, aby państwo swe na równi między synów podzielił. Jeden tylko Kazimierz został, któremu nie dano nic, Bogu go polecając. Nie sądzę ja pany nasze biskupy, ale bodaj podział ten dla nich bezpieczniejszym był, przeto go chcieli. Z jednym a potężnym panem twardo im szło, a tak każdy książę ma przy sobie biskupa, z którym władzę dzieli, i każdy biskup jednego pana pilnuje. Tym łacniej rządy swe duchowne sprawować mogą.” (s. 31). Tworzyło duchowieństwo znaczną siłę, wpływy mając i narzędzia, by lud w bojaźni trzymać i swoje racje wygrywać. Na rozgrywkach możnych tracił lud prosty, stopniowo popadający w coraz większe zależności i coraz więcej panów mający do wykarmienia: „...oni wszyscy do siebie podobni, ta tylko między nimi różnica, że jeden, co się objadł, odpoczywa, a ci, co głodni, więcej jedzą.” (s. 202); a i od swoich jak i najeźdźców najwięcej cierpiący, niesprawiedliwości znoszący: „Kto siłę ma, ten dusi; swat czy brat, choćby rodzony ojciec, jak się nie obroni, won iść musi!”.
Kraszewski na plan pierwszy wysunął dwie postacie: Marka Jaksę z Komorowa, młodego idealistę, prawego i honorowego, po świecie bywałego, i Petrka Własta, palatyna i wykonawcę testamentu Krzywoustego, a tym samym opiekuna młodszych książąt. Ten drugi, możny pan, bogaty i wiodący prym, był solą w oku głównego doradcy księżnej Agnieszki, Dobka. Uwięzienie Petrka stało się pierwszym krokiem ku tragicznemu końcowi władania Władysława. Nie pomogły wezwane do łupienia kraju posiłki ruskie i połowieckie, zaszkodziło nieliczenie się z siłą polityczną duchowieństwa, osłabiła ducha wojsk klątwa rzucona na seniora przez arcybiskupa Jakuba ze Żnina – Władysław II poniósł klęskę i musiał udać się na wygnanie. Niebagatelną rolę odegrała w tych wydarzeniach żona księcia, cesarska siostra, Agnieszka, główna winowajczyni, zły duch Władysława, namawiająca męża do dominacji, knująca intrygi i zwołująca wojska. Nie ma Autor dobrego zdania o niemieckiej królewnie: „Agnieszka należy do tych czarnych charakterów w dziejach, które do nas najczęściej z Niemiec przychodziły. Z Rusi szły posłuszne i ciche niewiasty, które pod płaszczem tuląc dzieci, modliły się i siedziały zamknięte w teremach – z Niemiec jechały królowe, które i mężom panować, i świata używać żądne były.” (s. 156). Nawet Władysław, z którym Kraszewski sympatyzuje, doceniając jego dążenia do zjednoczenia kraju, przedstawiony jest mdło i zniechęcająco, jako pan do rządzenia niechętny, zabawiający się łowami i ulegający łatwo wpływom.
Razi stereotypowość postaci, czarno-biały podział, powierzchowność i płytkość ich przedstawienia. Drażni język, stylizowany na średniowieczną polszczyznę, ale drętwy i męczący. Nie porywa też fabuła, nużąca i niewnosząca wiele do bagażu doświadczeń życiowych. Na plus trzeba jednak policzyć niezłe rozeznanie Autora w źródłach historycznych i przedstawienie wydarzeń zgodnie z Kroniką o Piotrze Właście. Obawiam się jednak, że to moja ostatnia już próba zmierzenia się z Kraszewskim, nie mam ochoty na więcej.
(Ocena: 3/6)

15 sierpnia 2013

Ego te baptizo in gladio

Józef Ignacy Kraszewski
Krzyżacy 1410
Wydawnictwo „Śląsk”, 1984

Czytywałam Kraszewskiego w czasach odległych, ale nie podobał mi się zbytnio, głównie przez rozwlekłe opisy przyrody, zbędne i nic nie wnoszące. Właściwie poza tymi nużącymi opisami niewiele mi w pamięci pozostało. Postanowiłam jednak dać mu jeszcze szansę, zwłaszcza że poza domem, na wakacjach, szybko skończyłam zabrane książki i nie miałam już nic ciekawszego pod ręką. Padło na Krzyżaków 1410, bo i czasy to interesujące, i zmagania z Zakonem przynoszą zwykle dużo emocji. Ciekawie też było porównać Kraszewskiego z Sienkiewiczem, którego Krzyżacy tkwią we mnie mocno od lat dziecięctwa.
Powieść rozpoczyna się krótko przed bitwą pod Grunwaldem, gdy wojna jest już właściwie rozpoczęta, wojska przemieszczają się ku sobie, a rozdrażnienie i czujność służb po obu stronach osiąga poziom niemal histeryczny. Przez ziemie należące do Krzyżaków wędruje samotnie z pielgrzymką ksiądz Jan, planując dotrzeć do Malborka i pomodlić się przed świętym obrazem, a przy okazji odszukać siostrę swoją przyrodnią Barbarę, która dawno temu na północy gdzieś osiadła. Zakonna czujność widzi w nim jednak szpiega i na męki wziąć każe, co źle by się skończyło, gdyby nie imię rzeczonej siostry, mającej u Krzyżaków znaczne poważanie. Wyrusza tedy Jan wraz z odnalezioną Barbarą i jej córką Ofką do Polski, by nawałnicę przeczekać i nie wie, że jego kobiety przeszpiegi dla Zakonu czynią i wieści braciom krzyżowym posyłają.
I na tym opiera się część fikcyjna, przechodząc w opowieść o wojnie. Na plan pierwszy wysuwa Kraszewski wydarzenia historyczne, z Grunwaldem i przepychankami z Zakonem, skupiając się głównie na bitwie i tym, co z nią związane, dokładnie opisując koleje zmagań, krytycznie i bez ogródek wyjawiając prawdę. Niewiele mówi jednak o ludziach i ich losach, jego bohaterowie są mało ciekawi, z żadnym się nie zaprzyjaźniłam, żadnego nie polubiłam, czytałam siłą rozpędu i dla poznania jakichś może niesłyszanych jeszcze szczegółów. Zbyt mocno jak dla mnie skupił się autor na przekazaniu prawdy historycznej, co oczywiście jest ważne, ale zabrakło mi tu jakiejś iskry, motywu, który mógłby pociągnąć akcję i nie dać czytelnikowi spocząć aż do końca powieści. Nawet niektóre autentyczne wydarzenia, jak oblężenie Malborka, przedstawił Kraszewski jakoś tak rozmamłanie, bez życia, a motyw próby zniszczenia refektarza podczas obrad rady krzyżackiej przez zawalenie na nią stropu, o czym nader chętnie opowiadają przewodnicy zwiedzającym zamek, zawarł w jednym krótkim akapicie. Po macoszemu potraktował bohaterów fikcyjnych, ledwo kreśląc ich postacie, nawet najbardziej wyrazistą Ofkę, oddaną Zakonowi i dla niego gotową na zgubę własnej duszy, podejmującą nieprawdopodobne, szalone zadania. Poza tą zdesperowaną dziewczyną nie ma zresztą bohatera, którego chciałoby się poznać, polubić czy przejąć jego losem, chociaż niewiele brakuje do tego Andrzejowi Brochockiemu czy Kuno Dienheimowi. Szkoda, bo potencjał opowieści jest duży, a wyszło jakoś nijako. Można przeczytać, ale niekoniecznie. Póki co Sienkiewicz górą, chociaż nie wiem, czy utrzymałby się na wiodącej pozycji po latach i tysiącach w międzyczasie przeczytanych książek. Wygląda na to, że z punktu widzenia przyjemności czytania lepiej sprawdza się powieść ku pokrzepieniu serc niż ku przestrodze.
(Ocena: 4/6)

● ● ●
„Nie ma niebezpieczniejszej rzeczy dla człowieka, dla ludzi nad pomyślność. W przeciwnościach potęgują się siły, uchodzą w szczęściu. Zawraca się głowa, przychodzi upojenie, mięknie serce, niknie energia, baczność się traci.” (s. 194)