4 października 2011

Rzymskie spotkania z Ewą Nowacką (odsłona trzecia)

Zgodnie z obietnicą wracam do Ewy Nowackiej – tym razem zapraszam na dłużej do starożytnego Rzymu. Cykl składający się z powieści: Kommodus i Marcja, Heliogabal, wnuk Mezy i Maksymin Trak przedstawia nam cesarstwo końca II i początków III w. n.e.

● ● ●

Akcja Kommodusa i Marcji (Czytelnik 1972) rozgrywa się w Rzymie pod koniec II wieku n.e. Bohaterami są: Kommodus, syn Marka Aureliusza, cesarz-gladiator, tyran, uważający się za wcielenie Herkulesa; Marcja, wyzwolenica, kochanka Kommodusa, próbująca nawrócić go na chrześcijaństwo; Eklektus, pokojowiec pochodzący z Egiptu, późniejszy mąż Marcji.
Fabuła rozmywa się trochę między namawianiem cesarza na jedynie słuszną wiarę w Chrestosa a spiskiem Marcji i prefekta pretorii Emiliusza Letusa na życie Kommodusa. W obu tych wątkach znaczącą rolę ma odegrać Eklektus. Jest tu miłość, intryga, zbrodnia, jest realistyczny obraz Rzymu – igrzyska, gladiatorzy, wyścigi rydwanów, dzielnice biedoty z walącymi się budynkami, plastycznie opisany pożar miasta, dysputy filozoficzno-religijne, ale powieść nie porywa równie mocno jak inne. Chociaż znalazłam, jak zwykle u pani Nowackiej, kilka ładnych fragmentów, np. opinię patrycjusza rzymskiego o nowej wierze: „Rankiem budzi mnie jakieś wycie z pomieszczeń niewolników. Pytam: co to? To chrześcijanie witają dzień. Wychodzę do atrium i widzę, że ogrodnik stoi oparty na łopacie, a jakiś rozczochrany drab pali mu kazanie. Baranek, winnica, jakieś ptaki, same bzdury.” (s. 28) czy przemyślenia Kommodusa: „Czasami myślę, że pogarda jest potrzebna, żeby kogoś kochać. To jest tak, jakbyśmy pragnęli, by ktoś inny był od nas gorszy i słabszy i tylko wtedy chcemy go otaczać troskliwą opieką.” (s. 73) albo jego sposób rządzenia: „Ja nie chcę myśleć o swoich powinnościach, o służbie narodowi, tak jak ją pojmował mój ojciec. Pierwszy między sługami Rzymu, to paradne! [...] Jestem wyższy ponad to. Wybieram ludzi i rozkazuję im.” (s. 73).
O czasach Kommodusa można obejrzeć: Upadek Cesarstwa Rzymskiego (1964), reż. Anthony Mann; Gladiator (2000), reż. Ridley Scott.
(Ocena: 4/6)

● ● ●

O bliskich chronologicznie czasach traktuje następna powieść: Heliogabal, wnuk Mezy (Czytelnik 1974), która tylko pozornie wygląda na biografię cesarza Heliogabala, chłopca zbyt wcześnie wyniesionego na tron, nieprzygotowanego do spełniania obowiązków, zbyt słabego, by dzierżyć ster rozległego imperium. Postać cezara jest tu jedynie klamrą spinającą wspomnienia Mezy, które obejmują czasy od schyłku panowania Marka Aureliusza, przez Kommodusa, Septymiusza Sewera, Karakallę aż po Basjanusa, zwanego Heliogabalem. To świetne studium władzy i intryg. Babcia Meza może dumnie stanąć obok Klaudiusza Gravesa – jak on opisał burzliwe wnętrze dynastii julijsko-klaudyjskiej na szerokim tle epoki, tak ona opowiedziała nam nie mniej ciekawie o Antoninach i Sewerach rządzących w Rzymie dwa stulecia późniejszym.
Meza wraca „do swoich wspomnień jak do bezpiecznej przystani” (s. 95), snuje opowieść o dzieciństwie w syryjskiej Emezie, młodości u boku męża, cierpliwym zdobywaniu władzy, przyjemności i dumie, jaką z niej czerpie. Nie ubarwia rzeczywistości. Wprost przyznaje, że to ona trzyma ster w dłoniach, Heliogabal jest tylko jej tarczą. Mówi o najwyższych urzędnikach tak naprawdę przedstawiając siebie: „Chcieli udawać, że nie wiedzą, kim jestem naprawdę. A przecież to ja zasiadałam wraz z nimi w Kurii, ja poprawiałam ich edykty i ustawy, ja kontrolowałam dochody skarbu i czuwałam nad spokojem w prowincjach. Doskonale wiedzieli, że jestem ich władcą” (s. 87). Ja, ja, ja – dumna i znająca swoją wartość, ale i swoje wady, z których zresztą też jest dumna: „Ja starałam się świadomie wybierać swój los, ostrożna i nieufna, z sercem twardym jak kamień nagrobny” (s. 231) i przyznaje bez ogródek: „zdradzałam tych, którzy liczyli na moją pomoc” (s. 231).
Ta część trylogii jest najciekawsza fabularnie i najlepiej skonstruowana. Dwutorowo prowadzone wspomnienia Mezy urozmaicone są notkami biograficznymi kolejnych cesarzy napisanymi w stylu kronikarskim i wtrąceniami współczesnymi – analizą zachowań Basjanusa z punktu widzenia pedagoga, psychologa, lekarzy i czytelniczki. Ten ciekawy zabieg dopełnia obrazu cesarza, tłumaczy jego postawę, niedojrzałość, wyjaśnia przyczyny nieuniknionej klęski jego panowania.
Powieść zdecydowanie warta przeczytania, podobała mi się najbardziej ze wszystkich obrazów starożytnego Rzymu stworzonych przez Ewę Nowacką.
(Ocena: 5/6)

● ● ●

Ostatnia część cyklu, Maksymin Trak (Czytelnik 1975), to interesująca biografia cesarza z przypadku. Gaius Iulius Verus Maximinus, pierwszy nie-Rzymianin na tronie cezarów, jako cesarz nigdy nie był w Rzymie, a swe panowanie niemal od początku do końca spędził w Germanii, walcząc z Alamanami, zawsze w pierwszym szeregu, razem z żołnierzami. Zwyciężył, za co otrzymał od senatu tytuł Germanicus Maximus.
Poznajemy tego syna chłopa z Tracji, gdy zostaje pewnego dnia złapany i doprowadzony przed oblicze cesarza Septymiusza Sewera. To wydarzenie zapoczątkowało jego drogę do rzymskiego tronu.
Dotychczas żyjący sobie spokojnie z pasania owiec, tylko czasem bez powodu, z nudów rzucający kamieniami w kolumny rzymskich żołnierzy czy bijący się z nimi, niezbyt rozgarnięty, nierozumiejący świata, nieznający języka urzędowego, zostaje nagle oderwany od rodzinnych stron i rzucony w daleki świat. Silny i wytrzymały Maksymin jest bowiem świetnym materiałem na żołnierza. Pozbawiony wyobraźni, potrafi żyć tylko tak, jak ustawił go los. I właśnie z wyroku losu, dzięki rosnącej popularności, Maksymin – „odważny, silny, posłuszny, awansuje bez nadmiernego pośpiechu, przekracza kolejne szczeble drabiny wojskowych rang” (s. 101),  od dziesiętnika, przez centuriona, aż do trybuna i dowódcy legii. Pełni służbę w uprzywilejowanej formacji – gwardii, przy kolejnych cesarzach: rozpoczyna karierę u boku Septymiusza Sewera, staje się zaufanym Karakalli, na krótki czas usuwa się w cień za Heliogabala, by ponownie pojawić się na scenie politycznej przy Aleksandrze Sewerze. Aż nadchodzi chwila, gdy Maksymin, wyznaczony przez pretorianów, staje się następnym cesarzem Imperium Rzymskiego. Śledząc życie głównego bohatera, mamy okazję dość dobrze poznać panowanie kolejnych władców.
Jak zwykle u Ewy Nowackiej świetnie zarysowane jest tło historyczne – wiele możemy się dowiedzieć o imperium w schyłkowym okresie, jego prawach, podbitych przez nie ludach, mnogości języków i religii, handlu, drogach i miastach, o marginalnym znaczeniu władzy dla codziennego życia jakichś wsi na obrzeżach znanego, spokojnego świata, bo „Rzym nie miał żadnego powodu, żeby przychodzić do wsi palonych słońcem lub chłostanych zimną bryzą znad oceanu, chciał tylko pieniędzy, czasami żołnierzy, jeżeli dostawał to, czego pragnął, zgadzał się na lokalnych bogów, zwyczajowe prawo i barbarzyńskie obyczaje, nawet na nieświadomość, niewiedzę o tym, kto jest naprawdę panem tych wszystkich Frygów, Traków, Galów, Daków i tak dalej.” (s. 25). Ukazany został mechanizm asymilacji podbitych ludów – to arystokracji dołączanych ziem najtrudniej było pogodzić się z najeźdźcą, to ją musiał Rzym przeciągnąć na swoją stronę używając wszelkich atrakcyjnych sposobów, aż zaczęła uważać się za część zespoloną z imperium nierozerwalnymi więzami i myśleć o sobie: „my, Rzymianie, my, rzymscy patrycjusze” (s. 26).
Niezmiennie zachwyca język powieści, bo Ewa Nowacka nawet marsz legionów potrafi opisać pięknie: „Nad głowami legionistów płyną orły, chorążowie podnoszą je wysoko w jaskrawym słońcu, płyną znaki oddziałów, godła przybrane we wstęgi. Nad kurzem chrypią rogi i krzywe trąby, tysiące nóg w sznurowanych żołnierskich butach depczą ziemię, rudy tuman wznosi się coraz wyżej i zakrywa słońce nieprzejrzystą chmurą. Od czasu do czasu przejeżdża obok pieszych oficer łącznikowy, końska sierść błyszczy jak zlana wodą, dźwięczą płytki metalu przy uprzęży, grudki piasku obsypują maszerujących.” (s. 19). Warto zagłębić się w ten świat, poznać rządzące ludźmi motywacje, jakże bliskie współczesnym dążenia, a także docenić warsztat pisarski Autorki i uniwersalność jej twórczości historycznej. W dzisiejszym zalewie zbyt często miernych powieści te dawno napisane, nie za długie, skondensowane dzieła przynoszą wraz z dużą przyjemnością czytania chwile zadumy i powody do rozmyślań. Może więc, zamiast po nową, grubą i drogą powieść – sięgnijmy po na wpół zapomnianego Maksymina Traka, kurzącego się gdzieś na antykwarycznej półce z książkami za symboliczną złotówkę.
(Ocena: 5/6)

● ● ●

Na tym kończę tymczasem spotkania z Ewą Nowacką. Gdy zdobędę brakujące powieści historyczne to na pewno coś o nich napiszę. :)

3 komentarze:

  1. "Heliogabal" czeka swojej kolejki, natomiast "Może nie, może tak" zdecydowanie rozczarowujące, moim zdaniem można sobie darować:P

    OdpowiedzUsuń
  2. To szukać nie będę, spróbuję tylko wtedy, gdy wpadnie mi nachalnie w łapki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nawet i wtedy możesz wypuścić z łapek:)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz dotyczący posta.
Proszę o nieskładanie mi życzeń świątecznych, bo świąt nie obchodzę, a inne uwagi najlepiej kierować na podanego maila, pocztę sprawdzam każdego dnia. Dziękuję! :)